Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   297   —

kosmyk cudotwórcy, nie zdradzając się z tem ani słowem! A taką ma twarz uczciwą! Z tego tylko widać, że nie należy właśnie nikomu wierzyć! A jakże tam dziś było? Niektóre rzeczy są dla mnie niejasne. Utonęliście i nagle pojawiliście się znowu!
Opowiedziałem mu wszystko, a gdy skończyłem, zawołał on:
— Człowiecze, przyjacielu, greenhornie, straszny z was hultaj, jeśli się nie mylę! Muszę was znowu zapytać, czy nie byliście jeszcze nigdy na Zachodzie?
— Nie.
— Ani wogóle w Stanach Zjednoczonych?
— Nie.
— To niech was dyabeł zrozumie, bo ja nie potrafię! Jesteście we wszystkiem początkującym, a zarazem ukończonym. Nie widziałem jeszcze takiego dziwoląga. Muszę was pochwalić, naprawdę pochwalić. Poczynaliście sobie sprytnie, hi! hi! hi! Nasze życie wisiało rzeczywiście na włosku. Ale niech wam ta pochwała nie zawróci głowy, bo będziecie robić głupstwa jeszcze większe. Dziwiłoby mnie to naprawdę, gdybyście kiedy zostali użytecznym westmanem!
Byłby dalej mówił w tym tonie, ale nadeszli Winnetou i Inczu-czuna. Wódz patrzył na mnie przez długą chwilę, jak przedtem syn i powiedział:
— Słyszałem o wszystkiem od Winnetou. Jesteście wolni, a nam przebaczcie. Jesteś bardzo dzielnym i podstępnym wojownikiem i zwyciężysz niejednego wroga. Czy zapalisz z nami kalumet pokoju?
— Owszem, chciałbym być waszym przyjacielem i bratem!
— To chodźcie teraz ze mną i córką moją Nszo-czi do puebla! Wyznaczę mojemu zwycięzcy godne pomieszkanie. Winnetou zostanie tu, aby dopilnować porządku.
Weszliśmy z nim i z Nszo-czi, jako wolni ludzie na zamkową piramidę, którą opuszczaliśmy jako jeńcy, wleczeni na śmierć.