Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   95   —

Tyczyło się to oczywiście nie tylko Rattlera, lecz także jego westmanów, którzy na to ani słowem się nie odezwali. Teraz zwrócił się wódz Inczu-czuna do inżyniera:
— Ucho moje usłyszało dopiero co, że ty masz między blademi twarzami prawo rozkazu. Czy jest tak?
— Tak. — odpowiedział zapytany.
— Wobec tego muszę z tobą pomówić.
— O czem?
— Dowiesz się. Stoisz na nogach, ale mężowie powinni siedzieć podczas narady.
— Czy chcesz być naszym gościem?
— To niemożliwe. Jak mogę być twoim gościem, skoro ty znajdujesz się na mojej ziemi, w moim lesie, na mojej dolinie i mojej preryi. Niechaj biali mężowie usiędą. Co to za blade twarze, które tu jeszcze nadchodzą?
— Należą do nas.
— Więc niechaj z nami zasiędą.
Sam, Dick i Will powracali właśnie z przejażdżki. Jako doświadczeni westmani zdziwili się nie mało na widok Indyan, a zaniepokoili się, dowiedziawszy się, kimi oni są.
— Kto jest ten trzeci? — spytał mnie Sam.
— Nazywa się Kleki-petra, a Rattler przezwał go bakałarzem.
— Kleki-petra, bakałarz? Ach, o nim słyszałem, jeśli się nie mylę. To bardzo tajemniczy człowiek, biały, a żyje już długo pośród Apaczów, coś w rodzaju misyonarza, chociaż nie jest kapłanem. Cieszę się, że go widzę. Pomacam go trochę, hi! hi! hi!
— Jeśli na to pozwoli!
— Nie ukąsi mnie chyba. Czy stało się co jeszcze?
— Tak.
— Co?
— Coś bardzo ważnego.
— To gadajcie, co!