Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   96   —

— Zrobiłem to, przed czem ostrzegaliście mnie wczoraj.
— Nie wiem, co macie na myśli. Ostrzegałem was przed wielu rzeczami.
— Grizzli.
— Jak, gdzie, cooo? Był tutaj szary niedźwiedź?
— I jeszcze jaki?
— Gdzieżto, gdzie? Żartujecie chyba!
— Ani mi to w głowie. Za tymi krzakami w lesie. Zawlókł tam starego byka.
— Rzeczywiście, naprawdę? A do stu piorunów, musiało się wtedy właśnie stać, kiedy człowieka nie było. Czy zginął kto?
— Rollins.
— A wy? Jak wyście postąpili? Trzymaliście się chyba zdaleka?
— Tak.
— To słuszne! Ale nie chce mi się w to uwierzyć.
— Możecie spokojnie uwierzyć. Trzymałem się o tyle zdaleka, że mi nie mógł nic zrobić, ja zaś jemu wbiłem nóż między żebra.
— A to wy mądrzy jesteście! Zaatakowaliście go nożem?
— Tak, bo strzelby nie miałem.
— Co za człowiek! Prawdziwy, rzetelny, greenhorn. Wziął z sobą umyślnie ciężką strzelbę na niedźwiedzie, a gdy jednego spotkał, strzela nożem zamiast z rusznicy. Czy uważałby kto coś podobnego za możliwe? Jakżeż do tego przyszło?
— Tak, że Rattler twierdzi, iż to nie ja położyłem niedźwiedzia trupem, lecz on.
Opowiedziałem mu, jak się wszystko odbyło, i jak się potem znowu starłem z Rattlerem.
— Człowiecze, jesteście rzeczywiście lekkoduchem nie do uwierzenia! — zawołał. — Nie widział nigdy jeszcze szarego niedźwiedzia i idzie nań jak na starego pudla! Muszę się natychmiast przypatrzyć zwierzęciu.