Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Witajcie, Billl — Kto jest z wami? Prawdopodobnie Indjanie ze szczepu wodza?
— Tak, czterech.
— Tylko? Więc macie ze sobą luźne konie?
— Rzeczywiście. Pozatem jest z nami Gunstick-Uncle i pewien lord angielski.
— Lord? A więc zaszczytne spotkanie? Sprowadźcie tu tych ludzi!
Bill pobiegł pośpiesznie, i, zaledwie przebiegł połowę drogi, zawołał zdaleka:
— Uncle! Chodźcie-no tylko! Jesteśmy wśród przyjaciół, Old Firehand i ciotka Droll są tutaj.
Zawołany posłuchał tych słów. Rafterzy, leżący w trawie gotowi do walki, podnieśli się, aby przywitać przybyszów. Jakże zdumieli się ci ostatni, widząc, że wódz leży nieprzytomny, i dowiedziawszy się, co zaszło! Osagowie, zsiadłszy z koni, stanęli zdaleka i spoglądali na słynnego myśliwego wzrokiem pełnym uszanowania. Lord zrobił wielkie oczy i zbliżył się do niego krokiem powolnym; uczynił przytem tak głupią minę, że można było śmiać się, tak z niej, jak i z nosa opuchniętego z jednej strony. Old Firehand podał mu rękę i rzekł:
— Witajcie, mylord! Byliście w Turcji, w Indjach, a może i w Afryce?
— Skąd wiecie o tem, sir? — zapytał englishman.
— Domyślam się tego, bo jeszcze teraz nosicie na nosie ślady „Bouton d’Alep“[1]. Kto odbył takie podróże, ten da sobie zapewne radę i tutaj, chociaż...

Zamilkł i, uśmiechając się, rzucił okiem na wyekwipowanie Anglika, a zwłaszcza na przyrząd do pieczenia,

  1. Guz z Aleppo.