Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i nogami, nie mogąc jednak wydobyć głosu. Równocześnie dwie inne ręce pochwyciły garbusa za gardło i pociągnęły również ku ziemi.
— Trzymacie go mocno? — spytał zupełnie cicho i to w języku niemieckim ten, który trzymał obezwładnionego Indjanina.
— Tak jest! Chwyciłem go tak mocno, że nawet mówić nie może, — brzmiała również cicha odpowiedź.
— A więc szybko stąd za pagórek! Musimy się dowiedzieć, kogo mamy przed sobą. A może tamten za ciężki dla was?
— Ani mi się śni! Ten drab jest lżejszy od muchy, która od trzech tygodni nic nie jadła, ani nie piła. Przebóg! Zdaje się, że ma ztyłu garb, jak nazywają taki krzywy kręgosłup! Chyba to nie... /
— Co?
— Chyba to nie będzie Humply-Bill, mój dobry przyjaciel!
— Dowiemy się o tem przy ogniu. Na teraz jesteśmy spokojni, że nikt nas nie będzie ścigał. Tamci ludzie nie poruszą się z miejsca, bo mają czekać na powrót tych obu. —
Wszystko to odbyło się błyskawicznie i bez najmniejszego szmeru tak, że towarzysze obu jeńców, mimo tak małej odległości, ani się tego domyślali. Old Firehand — bo on to był — wziął swego jeńca na ręce, a Droll ciągnął swojego za sobą po trawie. Po drugiej stronie pagórka leżały strudzone konie i palił się niewieIki ogień, a przy jego blasku widać było przeszło dwadzieścia postaci, stojących z wycelowanemi karabinami i gotowych przywitać ewentualnie nieprzyjaciół tyluż