Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kilka koni. Grunt stanowiła wyłącznie miękka murawa.
Czasem jeźdźcy pozwalali koniom iść stępa, aby ich zbytnio nie nużyć; przeważnie jednak jechano kłusem lub galopem. Kiedy minęło kilka godzin, zdawało się, że poprzednia ufność cokolwiek Billa opuściła, bo zapytał wodza:
— Czy mój brat jest pewny, że jedziemy w dobrym kierunku?
— Niech się mój biały brat nie obawia, — odpowiedział zapytany. — Śpieszyliśmy się bardzo i niedługo już staniemy na tem miejscu, gdzie spotkałem dziś ciebie i Uncle’a.
Wkrótce koń wodza przeszedł nagle z galopu w powolnego stępa, a potem nawet, chociaż go jeździec nie wstrzymywał, stanął i parsknął cicho.
— Uff! — odezwał się czerwony głosem stłumionym. — Przed nami muszą znajdować się jacyś ludzie. Niech moi bracia posłuchają, nie ruszając się, i niech mocno pociągną powietrze nosem!
Kiedy zatrzymali się cicho, posłyszano, że wódz bada woń powietrza.
— Ogień! — szepnął po chwili.
— Nie widać przecież ani śladu ognia! — zauważył Bill.
— Ja jednak czuję dym, który wychodzi, jak się zdaje, z poza najbliższego pagórka. Niech mój brat zsiądzie z konia i wejdzie ze mną na wzgórze.
Pozostawiwszy konie, pomknęli obok siebie ku pagórkowi; nie uszli jednak dziesięciu kroków, gdy dwie ręce pochwyciły Indjanina, ściskając go mocno za gardło; ten przygnieciony do ziemi, bił wokoło siebie rękami