Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tem nie uważali za możliwe.
— Czy i wy nie zbłądzilibyście tutaj?
— Ja? Hm! Chcąc być sprawiedliwym, muszę wam powiedzieć, że nie przyszłoby mi do głowy tak pędzić między te falujące pagórki. Jechałbym bardzo powoli i badałbym dokładnie zakręty każdej doliny zosobna. Mimo to jednak pewny jestem, że jutro rano nie znalazłbym się na tem miejscu, do któregobym chciał się dostać.
— To może się to przecież przydarzyć także wodzowi?
— Nie. Taki czerwony wprost węszy kierunek i drogę, a co jest rzeczą najgłówniejszą, ma teraz znowu własnego konia. To zwierzę nie zboczy ani na krok ze śladu, który zrobił dziś jego pan. Niebo jest czarne jak worek pełen sadzy i nie widzę ziemi ani na owinięcie palca; mimo to pędzimy galopem, jakby w jasny dzień po równej drodze, i założę się, że nim jeszcze sześć godzin minie, konie nasze zatrzymają się tuż u bramy farmy Butlera.
— Jak? Co? — zawołał Anglik ucieszony. — Chcecie się założyć? To wspaniale! A więc jesteście tego pewni? To ja twierdzę przeciwnie i stawiam pięć dolarów, albo dziesięć. A może checie więcej postawić?
— Dziękuję, mylord! — To był tylko zwykły sposób mówienia. Powtarzam, że nie zakładam się nigdy. Zatrzymajcie swe pieniądze! Będziecie ich potrzebować na co innego. Pomyślcie tylko, co musicie zapłacić jedynie za dzisiejszy dzień mnie i Uncle’owi?
— Sto dolarów. — Pięćdziesiąt za pięciu zabitych trampów i pięćdziesiąt za uwolnienie Osagów. A napad na farmę, który odeprzemy, jest nową przygodą, ko-