Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lubi żarty i nie ma nic przeciw temu, jeśli się z niego śmieją, ale w miarę. Jeśli zaś przekroczą punkt oznaczony, pokazuje zęby. Zresztą, ja sam zabiłbym każdego, ktoby go chciał obrazić.
— Ty Blenter? Z jakiego powodu?
— Bo mu zawdzięczam życie. Byliśmy razem w niewoli u Siuksów. Mówię wam, że bez jego pomocy czerwoni z wszelką pewnością posłaliby mię do wiecznych ostępów. Nie należę do tych, co boją się paru Indjan i nie mam zwyczaju skomleć, gdy się nie powiedzie, ale wtedy rzeczywiście nie było już żadnej nadziei. Ten Droll jednak jest nieporównanym spryciarzem; tak zamydlił czy czerwonym, że nie mogli przejrzeć i uciekliśmy.
— Jak to było? Jak to się stało? Opowiedz!
— Jeżeli nie masz nic przeciw temu, będę raczej milczał. Nie jest wszak wcale przyjemnie opowiadać o przygodzie, w której odegrało się marną rolę. Dość, gdy powiem, że jeśli jeszcze z wami siedzę i oblizuję palce po tej pieczeni, zawdzięczam to jedynie „ciotce“ Droll.
— No, chyba błoto, w którem siedziałeś, było bardzo głębokie i lepkie. Starego Missouri-Blentera znają jako westmana, który zapewne drzwi znajdzie, jeśli jakieś istnieją.
— Wtedy jednak nie znalazłem i prawie stałem pod słupem męczeńskim.
— Naprawdę? To rzeczywiście kiepska sprawa. Djabelski wynalazek ten pal męczeński. Nienawidzę czerwonych drabów sto razy więcej, skoro tylko wspomnę o nim.
— To nie wiesz, co robisz. Kto nienawidzi Indsmenów, ten sądzi o nich fałszywie i nie myśli o tem, co