Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dokąd?
— Na przód, gdzie kornel leżeć, może on sam być.
— Pshaw! Poco miałby się czołgać on czy kto inny! Śpij i nie przeszkadzaj drugim!
— Ja spać, ale nie być winny, gdy się co stać.
Oficer nadsłuchiwał, lecz, że nic go nie doszło, uspokoił się. Był przekonany, że czerwony się pomylił.
Minęło dużo, dużo czasu. Wtem zawołano go:
— Sir, — rzekł wartownik — nie wiem, co się dzieje, lecz woda prędko się podnosi; okręt tonie.
— Głupstwo! — zaśmiał się oficer.
— Spojrzyjcie jednak!
Porucznik spojrzał i, nic nie mówiąc, pośpieszył do kapitana. W dwie minuty byli już na pokładzie, a w rękach trzymali latarnie i świecili poza burtę. Porucznik wszedł do otworu przedniego, a kapitan do tylnego, aby zbadać wnętrze pudła. Trampi usunęli się szybko. Po krótkiej chwili powrócił kapitan i podszedł do sternika.
— Nie chce robić alarmu, — szepnął kornel do swych ludzi. — Zobaczycie, że steamer popłynie ku brzegowi.
Nie mylił się. Obudzono majtków i służbę i okręt zmienił kierunek. Nie obeszło się jednak bez pewnego hałasu; pasażerowie przebudzili się i kilku wyszło na pokład.
— Nic się nie stało, messurs, — zawołał kapitan. — Mamy trochę wody w pudle i musimy ją wypompować. Zarzucimy kotwicę, a kto się boi, może wyjść na brzeg.
Chciał ich uspokoić, lecz wywołał wręcz przeciwny skutek. Zaczęto krzyczeć i wołać o pasy ratunkowe;