Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A więc nic z napadu na kasę kolejową?
— Bynajmniej. Będzie zawierać wiele, wiele tysięcy i my te pieniądze zabierzemy. Bylibyśmy głupcami, nie zabierając wszystkiego, co nam w ręce wpada. Teraz wiecie więc, o co idzie. Dziś wieczór będzie dość roboty, i nie należy myśleć o spaniu. Trzymajcie uszy w pogotowiu!
Wezwania tego posłuchano. Wogóle wskutek wielkiego upału panowała na okręcie niezwykła cisza. Ponieważ krajobraz nie przedstawiał niczego, co mogłoby ściągnąć na siebie uwagę pasażerów, spędzano czas na spaniu, a przynajmniej na drzemce. Dopiero koło wieczora zapanował na pokładzie ruch znowu. Upał się zmniejszył i zerwał się lekki wiaterek. Ladies i gentlemanowie wyszli ze swych kabin, aby zażyć świeżego powietrza; wśród nich znajdował się także inżynier z żoną i córką, która już przyszła do siebie po strachu i mimowolnej kąpieli. Te trzy osoby skierowały się ku Indjanom, by obie damy mogły im podziękować za ratunek.
Stary i młody Niedźwiedź spędzili całe popołudnie, z iście indjańskim spokojem, nieruchomie na tej samej pace, na której siedzieli, kiedy ich powitała „ciotka“ Droll.
— He — el bakh szai — bakh matelu makik — teraz dadzą nam pieniądze — rzekł ojciec, w języku Tonkawa, ujrzawszy zbliżającego się inżyniera z żoną i córką.
Twarz jego zachmurzyła się, bo ten rodzaj wdzięczności jest dla Indjanina obelgą. Syn wyciągnął przed siebie prawą rękę, zwróconą dłonią ku dołowi, i opuścił