Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy wasza sypialnia jest połączona z magazynami? — zapytaj kornel zaciekawiony.
— Tak! Stamtąd prowadzą schody.
— Czy można je zamknąć?
— Nie, bo byłoby w sypialni nie do wytrzymania.
— Jesteście rzeczywiście godni litości. Lecz dość tego gadania, mamy jeszcze brandy we flaszcze.
— Słusznie, sir! I od gadania gardło wysycha; napiję się, a potem poszukam gdzie cienia, by się przespać, bo jak miną moje sześć godzin, muszę iść znowu do kotła. A co z dolarami?
— Słowa dotrzymam, chociaż płacę zupełnie za nic; ponieważ jednak ja sam popełniłem tu omyłkę, więc nie powinniście ponosić na tem szkody. Tu są trzy dolary. Więcej wymagać nie możecie, bo wasze usługi nie przyniosły nam żadnej korzyści.
— Ja też nie żądam więcej, sir. Za te trzy dolary dostanę tyle brandy, że upiję się na śmierć. Jesteście gentlemanem, a jeśli będziecie jeszcze czego potrzebować, to zwróćcie się tylko do mnie, nie szukając innego. Możecie na mnie liczyć.
Wychylił napełnioną szklankę i odszedł na stronę, gdzie ułożył się w cieniu wielkiej paki.
Trampi spoglądali na swego dowódcę z zaciekawieniem; w zasadzie wiedzieli, o co idzie, ale nie mogli połączyć ze sobą niektórych pytań i wiadomości.
— Chcecie teraz wyjaśnień? — zapytał kornel, a na twarzy jego ukazał się dumny i zadowolony uśmiech. Dziewięć tysięcy dolarów w banknotach, a więc gotowy pieniądz, a nie czeki czy weksle, przy których wymianie człowiek naraża się na niebezpieczeństwo. Toż to