Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z trampów nie zdradził ruchem, ni miną, jak ważną była dla nich ta wiadomość.
— Tak; w Kanzas istnieją bogaci farmerzy — potwierdził dowódca tonem obojętnym. — Ten inżynier jednak jest człowiekiem nieostrożnym. Wielka to kwota?
— Dziewięć tysięcy dolarów w papierach; mówił o tem szeptem, ale mimo to zrozumiałem.
— Takiej sumy nie nosi się przecież wszędzie ze sobą — na cóż byłyby banki? Gdyby tak wpadł w ręce trampów, to pieniądze byłyby stracone.
— Nie, bo nie znaleźliby ich.
— O, to są przebiegłe draby.
— Ale tam, gdzie on je schował, pewnoby nie szukali.
— Znacie więc schowek?
— Tak, pokazywał go tamtym; czynił to pokryjomu, ponieważ ja byłem w pobliżu. Zwróciłem się ku nim plecami, ale zapomnieli o lustrze i widziałem wszystko.
— Hm...! Lustro jest zwodnicze; kto przed niem stoi, widzi swoją prawą stronę na lewo, a lewą na prawo.
— Tegom jeszcze nie zauważył i nie rozumiem, ale co widziałem, to wiem. Inżynier ma stary nóż „bowie“ z wydrążoną rękojeścią, a w niej tkwią banknoty.
— Tak? No, to nas wcale nie interesuje. My nie jesteśmy trampami, lecz uczciwymi żniwiarzami. Przykro mi, że pomyliłem się co do olbrzyma, ale podobieństwo do farmera, o którym mówiłem, jest bardzo wielkie, a przytem nosi to samo nazwisko.
— Może jest bratem tamtego? Zresztą nie tylko inżynier ma tyle pieniędzy przy sobie. Ten z czarną brodą mówił o znacznej sumie, jaką otrzymał dla rozdzia-