Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyraz lenistwa zniknął natychmiast z twarzy murzyna. Przyniósł czemprędzej dwie pełne flaszki, kilka szklanek i usiadł obok kornela, który gościnnie posunął się na bok.
Prędko i chciwie wychylił czarny dwie szklanki i zawołał:
— To jest orzeźwienie, sir, na które ludzie naszego stanu nie mogą sobie pozwolić. Ale jak wpadliście na myśl zaproszenia mnie? Wy biali nie jesteście zwykłe tak uprzejmie usposobieni wobec nas czarnych!
— Dla mnie i moich przyjaciół murzyn wart tyle, co i biały. Zauważyłem, że jesteście zajęci przy kotle; ta ciężka praca przyprawia o pragnienie, a nie sądzę, by kapitan opłacał ją setkami dolarów; pomyślałem, że dobry łyk będzie wam bardzo przyjemny.
— Mieliście znakomitą myśl! Kapitan płaci rzeczywiście źle i nie można z tego pozwolić sobie na zbyt obfity poczęstunek, zwłaszcza, że nie daje żadnej zaliczki, przynajmniej mnie, a otwiera kabzę dopiero przy końcu podróży. Damn!
— Czy tylko względem was tak postępuje?
— Tak. Mówi, że moje pragnienie jest za duże; innym płaci codziennie, ale mnie nie. Nic więc dziwnego, że moje pragnienie staje się coraz większe.
— No, będzie to zależeć tylko od was, czy zaspokoicie je dzisiaj, czy też nie. Jestem gotów dać wam klika dolarów, jeśli mi za to oddacie pewną przysługę.
— Hurra! Za to dostanę kilka flaszek. A więc na stół z waszem życzeniem; sir! Jeśli idzie o to, by zarobić na brandy, jestem zawsze gotów.
— Możliwe. Ale należy wziąć się chytrze do rzeczy.