Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, ja nim jestem — przyznał wymieniony.
— Egad? — zapytał Droll, cofając się o dwa kroki i patrząc nań szeroko otwarte mi oczami. — To wy rzeczywiście? Postać macie zupełnie taką, jak opisują, ale — a może tylko żartujecie?
— No, czy to żart? — zapytał Old Firehand i, chwyciwszy Drolla prawą ręką za kołnierz bluzy, podniósł go w górę, okręcił trzy razy dookoła siebie i postawił potem na pobliskiej skrzyni.
Twarz Drolla stała się ciemnoczerwoną; spróbował nabrać oddechu i zawołał w przerywanych krótkich zdaniach:
— Zounds, sir! Czy uważacie mnie za perpendykuł, czy za chorągiewkę na dachu? Czym na to stworzony, by tańczyć wokół was w powietrzu? Prawdziwe szczęście, że mój „sleepinggown“[1] jest z mocnej skóry, inaczejby pękł i wrzucilibyście mię do rzeki! Ale, próba była dobra, sir; widzę, że jesteście Old Firehand, Muszę w to wierzyć, już choćby z tego powodu, że gotowiście inaczej jeszcze raz na mnie pokazać tym gentlemenom obrót księżyca dookoła ziemi. Często, gdy o was była mowa, myślałem, jak się będę cieszył, gdy was kiedy ujrzę. Tu jest moja ręka i — nie odtrącajcie jej!
— Odtrącać? Ja rękę podaję chętnie każdemu dzielnemu człowiekowi, tem chętniej więc temu, który się nam zarekomendował tak wybitnym czynem.
— Zarekomendował? Jakto?
— Żeście zastrzelili czarną panterę.

— Ach, tak! To nie było czynem, nad którym wartoby tracić dużo słów. Temu zwierzęciu nie całkiem

  1. Szlafrok