Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A w porcie Sully także nie?
— Nawet go nie znam!
— Hm! mogę się zapytać o wasze nazwisko?
— Dlaczego? Poco?
— Bo mi się podobacie, sir, a kiedy poczuję ku komu życzliwość, to nie prędzej zaznam spokoju, aż dowiem się, jak się nazywa.
— Co się tego tyczy, to wy mi się także podobacie — odpowiedział kornel ostro — mimo to, nie byłbym tak niegrzecznym, by pytać was o nazwisko.
— Czemu? Ja tego nie uważam za niegrzeczność i zaraz odpowiedziałbym na wasze pytanie. Nie mam żadnego powodu kryć się ze swem nazwiskiem. Tylko ten, kto nie ma zupełnie szczerych zamiarów, stara się przemilczeć, jak się nazywa.
— Czy to ma być obraza, sir?
— Ani mi to w głowie! Ja nie obrażam nigdy nikogo, jeśli to potrzebne! Adieu, sir, zachowajcie swe nazwisko dla siebie! Nie chcę go już słyszeć! — Odwrócił się i odszedł.
— To do mnie pił — syknął rudy — i ja muszę to znosić!
— Dlaczego więc ścierpiałeś? — zaśmiał się jeden z jego ludzi. — Jabym temu workowi odpowiedział pięścią!
— I źlebyś wyszedł!
— Pshaw! Ta żaba nie wygląda na bardzo silną!
— Ale człowieka, który pozwala czarnej panterze zbliżyć się do siebie na długość ręki i potem strzela z tak zimną krwią, jakby miał przed sobą kurę prerjową, nie można lekceważyć. Zresztą idzie tu nie tylko