Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oho! Czy sądzicie, że ciotkę Droll tak łatwo wsadzić do wody? Spróbujcie!
— No, no! — bronił się kapitan. — Wobec dam należy być grzecznym, a ponieważ jesteście ciotką, więc należycie do płci pięknej; przeto nie biorę waszego pytania tak poważnie. Zresztą, z płaceniem się nie śpieszy!
— Nie, na kredyt nie biorę — ani na minutę — taką już moja zasada, jeśli to potrzebne.
— Well! Chodźmy więc do kasy!
Po tych słowach oddalili się, a pozostali wypowiadali swe zapatrywania co do tego szczególnego człowieka.
Kapitan, który powrócił prędzej, niż Droll, rzekł zdumiony:
— Messurs, żebyście widzieli te nuggety, oh, te nuggety! Sięgnął jedną ręką w rękaw, a kiedy ją z dziury wysunął, miał dłoń pełną ziarnek złota, wielkości grochu, orzechów laskowych, a nawet jeszcze większych. Ten człowiek musiał odkryć bonanzę i wypłukał ją. —
Tymczasem Droll, zapłaciwszy w kasie za przejazd, obejrzał się wokół i spostrzegł ludzi kornela. Powlókł się powoli ku przodowi okrętu i przyglądał się im. Spojrzenie jego zatrzymało się dłużej na kornelu, którego zagadnął:
— Przepraszam, sir, czyśmy się już kiedy nie widzieli?
— Ja przynajmniej o tem nic nie wiem, — odparł zapytany.
— O, jestem pewny, żeśmy się już spotkali. Czy byliście może nad górną Missouri?
— Nie!