Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skóry. Oprócz strzelby miał jeszcze nóż i rewolwer.
Kiedy „ciotka Droll“ wstąpił na pokład, wyciągnął rękę do Czarnego Toma i zawołał swym wysokim, cienkim głosem fistułowym:
— Welcome, stary Tomie! Co za niespodzianka! Wieki upłynęły doprawdy, odkąd nie widzieliśmy się! Skąd i dokąd się udajesz?
Przyjaciele uścisnęli sobie dłonie bardzo serdecznie i Tom odpowiedział:
— Od Mississipi w górę; chcę się dostać w głąb Kanzas, gdzie moi rafterowie siedzą w lasach.
— Well, to wszystko w porządku. Ja także tam się udaję, a nawet jeszcze dalej; będziemy więc jakiś czas razem. Lecz przedewszystkiem opłata za przejazd, sir. Co mamy zapłacić, mianowicie ja i ten mały mąż, jeśli to potrzebne?
Pytanie skierowane było do kapitana.
— To zależy od tego, jak daleko jedziecie i jakie chcecie miejsce, — odpowiedział tenże.
— Miejsce? Ciotka Droll jeździ tylko pierwszem! A więc kajuta, sir! Jak daleko? Powiedzmy tymczasem do portu Gibson, możemy przecież każdej chwili przydłużyć lassa. Bierzecie nuggety?
— Tak, bardzo chętnie.
— A jak tam z waszą wagą? Jesteście uczciwi?
To pytanie wyszło tak uciesznie, a oba oczka mrugały przytem tak osobliwie, że nie można go było brać za złe; mimo to kapitan zrobił minę, jakby się gniewał i mruknął:
— Nie próbujcie pytać po raz drugi, bo wyrzucę was w tej chwili poza burtę.