Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciło się na niego, to trzeba było tylko silnego uderzenia by panterę zabić w jednej chwili.
— Ja niedowierzam nawet „zabijakowi“ — odezwał się Old Firehand do Czarnego Toma. — Fajerwerk byłby daleko lepszy, bo odstraszyłby zwierzę, nie zabijając go.
Tymczasem pogromca wypowiedział do publiczności krótką przemowę i zwrócił się potem do klatki, a odjąwszy ciężką zasuwę, odsunął na bok wązką kratę, która tworzyła drzwi, mające niecałe pięć stóp wysokości. By wejść do środka, musiał się schylić i przytem kratę rękami przytrzymać, a potem, będąc już w klatce, zamknąć ją za sobą; dlatego wziął „zabijak“ w zęby, przez co stał się zupełnie bezbronny, chociaż tylko na jedną chwilę. Wprawdzie był nieraz w klatce, ale wśród zupełnie innych okoliczności. Wówczas pantera nie przebywała całemi dniami w ciemności i nie było w pobliżu tylu ludzi, a także nie płoszyło jej stukanie maszyny, szum i łoskot kół. Tych okoliczności nie wziął pod uwagę, ani właściciel menażerji, ani pogromca, a skutki okazały się natychmiast.
Kiedy pantera usłyszała szelest kraty, obróciła się. Właśnie w tej chwili pogromca wsadził do klatki głowę, schyliwszy się. Prawie jak myśl szybkie poruszenie zwierza, błyskawiczne drgnięcie i głowa, z której wypad „zabijak“, znalazła się w paszczy pantery i.... jedno pociśnięcie zmiażdżyło ją na miazgę.
Krzyku, jaki się w tej chwili podniósł przed klatką, nie da się wprost opisać. Wszystko się zerwało i jęcząc uciekało. Tylko trzech ludzi pozostało na miejscu: właściciel menażerji, Old Firehand i Czarny Tom. Pierwszy usiłował zasunąć drzwi klatki, ale to było nie-