Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cicho a żywo i rzucając ku sławnemu myśliwemu spojrzenia, które wprawdzie wcale nie były przyjazne, ale przynajmniej wskazywały, jak wielką mieli przed nim obawę.
Lecz nie tylko na nich wywarło to znane nazwisko wrażenie. Wśród pasażerów nie było z pewnością ani jednego, któryby nie słyszał już o tym odważnym człowieku, którego całe życie złożone było z najniebezpieczniejszych czynów i przygód. Kapitan podał mu rękę i rzekł w tonie najuprzejmiejszym:
— Ależ, sir, to powinienem był wiedzieć! Byłbym wam odstąpił własną kajutę. Na Boga, toż to jest zaszczyt dla „Dogfisha”, że wasze stopy dotknęły jego desek. Dlaczego nazwaliście się inaczej?
— Powiedziałem wam moje prawdziwe nazwisko. „Old Firehandem” nazywają mię westmani, bo ogień z mej strzelby, kierowany moją ręką, przynosi zawsze zgubę.
— Słyszałem, że nigdy nie chybiacie?
— Pshaw! Każdy dobry westman potrafi to tak samo, jak ja. Ale widzicie, jaką korzyść daje znane nazwisko wojenne. Gdyby mego nie wymieniano tak szeroko i daleko, przyszłoby z pewnością do walki.
— I wy musielibyście ulec przemocy.
— Tak sądzicie? — zapytał Old Firehand, a po twarzy jego przebiegł lekki uśmiech. — Jak długo idzie tylko o walkę na noże, nie obawiam się niczego; trzymałbym się z pewnością, aż nadeszliby wasi ludzie.
— Ci w każdym razie nie zawiedliby. Ale, co mam teraz zrobić z tymi łotrami? Jestem panem i sędzią na okręcie. Czy mam ich zakuć w kajdany?