Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Precz z pistoletem! — zawołał, zwracając lufę swej małej broni ku prawej ręce napastnika. Jeden — dwa — trzy cienkie, ale ostre trzaski… kornel krzyknął i wypuścił pistolet.
— Tak chłopcze — rzekł olbrzym. — Nie prędko będziesz znowu wymierzał policzki, gdy kto odmówi pić ze szklanki, w której przedtem umaczałeś twój wielki pysk. A jeżeli chcesz jeszcze teraz wiedzieć, kim jestem, to…
— Do djabła z twojem nazwiskiem! — pienił się kornel. — Nie chcę go słyszeć! Ciebie jednak samego chcę i muszę dostać. Hej, na niego chłopcy, go on!
Teraz dopiero pokazało się, że draby tworzyli prawdziwą bandę, w której wszyscy stawali za jednego. Wyrwali noże z za pasów i rzucili się na olbrzyma; ten jednak wyciągnął nogę, podniósł ramiona i krzyknął:
— Chodźcie, jeśli macie odwagę zadzierać z Old Firehandem!
Dźwięk tego imienia wywołał natychmiastowy skutek; Brinkley, który chwycił znowu za nóż niezranioną lewą ręką, zawołał przerażony:
— Old Firehand! Do wszystkich djabłów, ktoby to pomyślał! Dlaczego nie powiedzieliście tego przedtem!
— Czy tylko nazwisko chroni gentlemana przed waszą niegrzecznością? Zabierajcie się stąd, siadajcie spokojnie w kącie i nie pokazujcie mi się więcej na oczy, bo was wszystkich zdmuchnę!
— Well, pomówimy jeszcze potem!
Kornel odwrócił się i poszedł na przód okrętu, towarzysze za nim, jak obite psy; usiadłszy na boku, zawiązali swemu przywódcy rękę, rozmawiając przytem