Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czy pan słyszał, co ten chłopczyna do mnie mówił?
— Yes, sir, każde słowo, — przytaknął zapytany.
— Well, a więc jesteście świadkiem, że ja go nie przywołałem.
— Co? — wrzasnął kornel. — Nazywacie mię chłopczyną? A drinku odmawiacie? Czy ma się wam przydarzyć to, co Indjaninowi, któremu ja…
Więcej nie powiedział, bo w tej chwili otrzymał od olbrzyma tak potężny policzek,. że padł na ziemię, po której potoczył się daleko, a w końcu nawet zrobił koziołka. Tam leżał przez chwilę, jak martwy, lecz zerwał się szybko, wyciągnął nóż, i, podniósłszy go do ciosu, rzucił się na olbrzyma.
Ten wsadził obie ręce do kieszeni od spodni i stał tak spokojnie, jakby mu nie groziło najmniejsze niebezpieczeństwo i jakby kornela zupełnie nie było. Ostatni ryczał:
— Psie! Mnie policzek? To się płaci krwią i to twoją!
Kapitan chciał się wmieszać, ale olbrzym wstrzymał go energicznem skininieniem głowy, a kiedy kornel zbliżył się do niego na dwa kroki, podniósł prawą nogę i przyjął go takiem kopnięciem w brzuch, że uderzony padł po raz drugi i potoczył się po ziemi.
— A teraz dość, bo inaczej… — zawołał groźnie Goljat.
Lecz kornel zerwał się znowu, zasadził nóż za pas i rycząc z gniewu, wyciągnął jeden z pistoletów, kierując go ku przeciwnikowi; ten jednak wyjął prawą rękę z kieszeni, uzbrojoną w rewolwer.