Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wódki uczyniło pewnym zwycięstwa — uważajcie, jak chętnie i prędko ten goljat będzie pił ze mną.
Kazał napełnić szklankę i zbliżył się do wspomnianego. Kształty tego człowieka musiało się rzeczywiście uważać za olbrzymie. Był jeszcze wyższy i szerszy niż czarnobrody, który nazywał się wielgusem[1], a liczył pewnie lat czterdzieści. Jego gładko wygolona twarz była brunatna od słońca; po męsku piękne rysy miały śmiały zakrój, a siwe oczy ów szczególny, nie dający się opisać, wyraz, którym odznaczają się ludzie, żyjący na wielkich płaszczyznach, gdzie horyzontu nic nie zacieśnia, a więc marynarze, mieszkańcy pustyni i ludzie prerji. Nosił piękny garnitur podróżny, a broni przy nim nie było widać. Obok stał kapitan, który zeszedł z mostku, aby również przyjrzeć się przedstawieniu z panterą.
Teraz przystąpił do nich kornel, stanął szeroko rozkraczony przed swą domniemaną trzecią ofiarą i rzekł:
— Sir, proponuję wam drink. Prawdopodnie nie będziecie się wzdragać powiedzieć mi, jako prawdziwemu gentlemanowi, kim jesteście.
Zagadnięty rzucił na niego ździwione spojrzenie i odwrócił się, aby ciągnąć dalej rozmowę z kapitanem, przerwaną przez zuchwałego pijaka.
— Pooh! — zawołał kornel — czyście ogłuchli, czy nie chcecie mnie słuchać! Tego drugiego bym nie radził, bo nie znam żartów, gdy mi kto odmówi drinku. Życzliwie radzę wam wziąć sobie przykład z indsmana.

Zaczepiony wzruszył lekko ramionami i zapytał kapitana:

  1. Grosser — wielki