Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gorąco dziś! A może nie, wy czerwoni chłopcy? Na to dobrze robi napój. Weź tu, stary, i wysyp to na język!
Indjanin nie poruszył się i odpowiedział łamanym językiem angielskim:
— Not to drink — nie pić.
— Co, nie chcesz? — wrzasnął właściciel czerwonej brody. — To jest drink, zrozumiano? drink! Odmowa jest dla każdego prawdziwego gentlemana, jakim ja jestem, śmiertelną obrazą, na którą odpowiada się nożem. Jak się nazywasz?
— Nintropan — hauey — odpowiedział zapytany spokojnie i skromnie.
— Do jakiego szczepu należysz?
— Tonkawa.
— Więc do tych łagodnych czerwonych, którzy obawiają się nawet kota? Zrozumiano? Nawet kota, choćby to był nawet najmniejszy kotek! Z tobą nie będę robił żadnych ceregieli. A więc chcesz pić?
— Ja nie pić woda ognista.
Powiedział to, mimo groźby kornela, równie spokojnie, jak przedtem. Ten jednak zamachnął się i wymierzył mu głośny policzek.
— Tu masz nagrodę, czerwony tchórzu! — zawołał. — Nie będę się inaczej mścił, bo taka kanalja stoi dla mnie zbyt nizko.
Zaledwie cios został wymierzony, młody Indjanin sięgnął ręką pod koc, z pewnością po broń, a równocześnie spojrzenie jego pobiegło ku twarzy ojca, co ten uczyni i powie.
Twarz czerwonego stała się zupełnie inną tak, że