Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy się odźwierny oddalił, Grandeprise zapalił światło i skontrolował, czy rewolwer jest naładowany.
Wszedł nieznajomy. Zamknął za sobą drzwi i zaryglował nawet z wielką ostrożnością. Obydwaj spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Tego się żaden z nich nie spodziewał.
— Do licha! — zawołał Sępi Dziób. — Grandeprise!
— Do kroćset! Sępi Dziób! Wy tutaj? Jakieście się dostali do Meksyku? Widziałem was przecież u Juareza!
— Byłem świadkiem waszego odjazdu nad Rio del Norte. Nazwisko wasze brzmi pięknie, ale przywodzi mi na pamięć coś obrzydliwego. Znam pewnego nicponia, który tak samo się nazywa.
Zounds! Znacie go?
— Nawet bardzo dobrze! — rzekł Sępi Dziób. — Osobiście i ze słyszenia.
— Naprawdę? Od dawna szukam tego łotra!
Sępi Dziób obrzucił go ostrem spojrzeniem.
— Szukacie? Hm, hm. Nie znaleźliście go jeszcze?
— Niestety.
Hm, hm. Myślałem, że strzelcy mają dobre oczy.
— Zdaje mi się, że mam wzrok nienajgorszy.
— Tak, ale mam wątpliwości, czy go umiecie używać.
Grandeprise zasępił się.
— Chcecie mnie obrazić?

45