Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A przyjmiecie na siebie odpowiedzialność, jeżeli go zbudzę, o ile, oczywiście, jest w domu?
— Jest w domu. Odpowiedzialność przyjmę. Czy jest jakiś kąt, w którym mógłbym pomówić bez świadków i szpiegów?
— Ten sennor śpi w hamaku. Może was przyjąć, kiedy mu się podoba. Jak mam pana zameldować?
— Powiedzcie, że chce z nim mówić don Velasquo d’Alcantaro y Perfido de Rianza y Hallendi de Salvado y Caranna de Vesta-Vista-Vusta.
Sępi Dziób wyrecytował nazwisko z miną tak wyniosłą, że sługus nie wątpił o jego autentyczności. Odszedł, aby spełnić polecenie.
Z podwórza prowadziły do tak zwanych pokojów gościnnych drewniane schody. Odźwierny zastukał lekko do drzwi. Grandeprise nie spał, wrócił bowiem do domu dopiero przed kilkoma minutami. Leżał w ubraniu na hamaku.
— Kto tam? — zapytał, zdziwiony pukaniem.
— Odźwierny. Czy mogę wejść?
— Owszem.
Odźwierny wszedł na palcach, aby nie budzić innych gości.
— Cóż takiego? — zapytał zatroskany strzelec.
— Sennor, jakiś pan na was czeka. Chciałby pomówić z panem. To szlachcic wysokiego rodu. Nazywa się don — don — don Alcanto de Velasquo y — y — y... — Strasznie długie nazwisko!
Strzelec potrząsnął głową.
— Jestem bardzo ciekaw. Niech wejdzie!

44