Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Skądże znowu! Usiądźcie w hamaku, ja usiądę na krześle. Powiem wam coś.
— Siadajcie. Słucham!
Sępi Dziób usiadł na krześle, splunął potężnie, odgryzł porządny kawałek gumy tytuniowej. Umieściwszy gumę w odpowiedniem miejscu policzka, rozpoczął:
— Muszę wam po przyjacielsku powiedzieć, że uważam was albo za nieprawdopodobnego łotra, albo za politowania godnego matołka.
Grandeprise zerwał się błyskawicznie z hamaka, wyciągnął rewolwer, stanął przed Sępim Dziobem i zawołał groźnie:
— Piekło i szatany! Czy wiecie, jak się odpowiada na tego rodzaju obelgi?
Sępi Dziób skinął spokojnie głową.
— Strzelcy załatwiają tego rodzaju sprawy bagnetem lub kulą, oczywiście, o ile zarzutów nie można udowodnić.
— Mam nadzieję, że się wam nie uda przeprowadzić tego rodzaju dowodu, master!
Pah! Schowajcie swój pistolet i posłuchajcie. Jeżeli nie będę miał racji, chętnie stanę do walki.
Grandeprise nie schował rewolweru; usiadł z ponurą miną w hamaku i odparł:
— Mówcie! Miejcie się jednak na baczności. O jedno słowo za wiele, a wpakuję wam kule w łeb.
— Albo ja wam w łeb strzelę! — uśmiechnął się Sępi Dziób. — Mniemacie, jakobyście mnie znali, ale mylicie się gruntownie. Moja kula miała już dziś kilkakrotnie sposobność i powód do przebicia waszej głowy.

46