Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/329

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chu i w oznaczonych godzinach, czy chcę, czy nie chcę i że wogóle powinienem go we wszystkiem słuchać. Pocałowałem go w rękę i cicho leżałem, póki nie zabrał się do pisania listu do Biddi; poprosiłem go, aby się jej kłaniał ode mnie.
Widocznie Biddi nauczyła go pisać. Płakałem znowu z radości, widząc, z jaką dumą zabierał się do pisania. Zasiadł przy mym stoliku, zastawionym różnymi przyrządami. Starannie wybrał pióro, jakby jaki instrument, zatoczył rękawy i obie ręce oparł na stole. Wreszcie zaczął pisać; każdą literę na dół prowadził bardzo powoli, w górę zaś przeciwnie tak prędko, że słyszałem za każdym razem, jak pióro mu bryzgało. Niewiadomo dlaczego zdawało mu się, że kałamarz stoi nie na tej stronie, po której rzeczywiście się znajdował i dlatego wciąż maczał pióro w pustej przestrzeni, zupełnie się tem nie frasując. Czasem zastanawiała go jakaś subtelność ortograficzna, ale na ogół pisał bardzo biegle; podpisawszy nazwisko wstał i obszedł stół dookoła, z przyjemnością ciesząc się swem dziełem.
Nie chcąc, aby Józef niepokoił się o mnie, a przytem nie mając siły do zbytniej rozmowy, nie pytałem go o panią Chewiszem. Na drugi dzień dopiero dotknąłem tego tematu i spytałem, czy wyzdrowiała. Józef pokiwał głową.
— Umarła, Józefie?