Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy Józef znowu zbliżył się do mnie, oczy miał zaczerwienione. Wziąłem go za rękę i obaj byliśmy szczęśliwi.
— Wiele czasu minęło?
— To jest, chciałeś zapytać, przyjacielu, wiele czasu minęło od rozpoczęcia się twej choroby
— Tak, Józefie.
— Obecnie koniec maja. Jutro pierwszy czerwca.
— I przez ten cały czas pielęgnowałeś mnie?
— Prawie. Otrzymawszy wiadomość o twej chorobie, mówię do Biddi: — wiadomość tę dostaliśmy listem, który przyniósł pocztylion...
— Jak to przyjemnie słyszeć twój głos, Józefie... Ale przerwałem ci, cóż to powiedziałeś Biddi?
— Więc mówię do Biddi, żeś pomiędzy obcymi, że zawsze byliśmy przyjaciółmi i że moje przybycie do ciebie, nie byłoby niewłaściwe. Biddi na to: „Jedź do niego i nie trać czasu!“ tak powiedziała Biddi: „jedź do niego 1 nie trać czasu!“ Jednem słowem nie oszukam cię, jeśli powiem, że Biddi wprost powiedziała tak: „nie trać czasu“.
Tu Józef zatrzymał się i zauważył, że ze mną nie można długo rozmawiać. Potem oznajmił mi, że polecono mi dawać jedzenie po tro-