Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Właśnie, on twierdzi, że spełniła?
— Oczywiście, mój drogi. — rzekł Herbert z wyrazem zdziwienia i znów pochylił się, aby bliżej na mnie spojrzeć. — Opowiedział mi wszystko. Innych wiadomości nie mam.
— Naturalnie, znikąd nie możesz ich mieć.
— Prowis nie mówi, czy dobrze czy źle obchodził się z żoną. Ale żyła ona z nim pięć, czy sześć lat i nigdy nie opuszczała go, nawet w najgorszych okolicznościach. Zdaje mi się, że ubolewał nad nią i wiele jej przebaczał. Mówi, że obawiając się, by nie wezwano go na świadka przeciw niej i by nie stać się przyczyną jej śmierci, ukrywał się przed sądem i dlatego w śledztwie wspominano tylko o jakimś Abelu, przyczynie zazdrości tej kobiety. Ona znikła bez wieści po swem uwolnieniu i w ten sposób Prowis stracił i żonę i dziecko.
— Powiedz, proszę...
— W tej chwili skończę. Zły duch jego, Kompenson, łotr nad łotrami, znał powody, skłaniające Prowisa do skrywania się w tym czasie i naturalnie skorzystał z tego, by jeszcze go ujarzmić. Oto, w czem kryje się główna przyczyna nienawiści Prowisa do Kompensona.
— Chciałbym wiedzieć, czy ci nie mówił kiedy się to stało.
— Pozwól mi przypomnieć sobie jego własne słowa. Zdaje mi się powiedział tak: było