Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, to prawda, wczoraj wieczorem był rozmowniejszy i opowiedział mi trochę ze swego życia. Czy pamiętasz, jak przerwał opowiadanie, mówiąc o kobiecie, która mu narobiła tyle kłopotów... Czym cię nie urazi!? — Drgnąłem, ale nie skutkiem jego dotknięcia. Słowa jego spowodowały drgnięcie.
— Zupełnie o tem zapomniałem, ale obecnie przypominam sobie — rzekłem.
— Zaznajomił mnie z tą częścią swego dziwnie ciemnego życia. Czy można ci opowiedzieć tę historyę, czy nie zaniepokoi cię ona?
— Opowiedz jak najszczegółowiej.
Herbert pochylił się i uważnie spojrzał na mnie, przypuszczając prawdopodobnie, że prośba moja była zbyt żywa.
— Czy nie masz gorączki? — rzekł, przykładając mi rękę do czoła.
— Ani trochę. Opowiedz mi, mój drogi to, co ci Prowis wyznał.
— Zdjąłem oto bandaż a teraz położę świeży. Ty drżysz! Ale zaraz poczujesz ulgę. Była to zapewne kobieta młoda, zazdrosna i mściwa, mściwa do najwyższego stopnia.
— Do jakiego stopnia?
— Do zabójstwa. — Może ci zimno?
— Nie. Kogoż ona zabiła? W jaki sposób?