Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


całą w ogniu. Taki rozstrój nerwów był znacznie przykrzejszym od fizycznego bólu. To też Herbert stara} się mnie rozerwać, jak tylko mógł. Żaden z nas nie wspominał o łódce, choć obaj o niej myśleliśmy. Można było zauważyć to. bośmy obaj unikali rozmowy o niej i starali się, bym mógł jak najprędzej wiosłować. Naturalnie pierwsze moje pytanie przy spotkaniu się z Herbertem było: — czy wszystko idzie pomyślnie w dole rzeki? Potwierdził wesołym i spokojnym tonem i nie wznowiliśmy rozmowy o tem, aż do wieczoru, kiedy Herbert, zmieniając bandaże, przy świetle ogniska, rzekł do mnie:
— Wczoraj spędziłem dwie godziny u Prowisa.
— A gdzież była Klara?
— Poczciwe stworzenie. Przez cały prawie wieczór biegała do obłąkanego. Zaczynał sarkać, gdy tylko go zostawiła. Wątpię, by mógł jeszcze długo pożyć. Dzięki rumowi i pieprzowi prawdopodobnie wkrótce skończy.
— I wówczas ożenisz się z Klarą?
— Tak?
— Oprzyjno rękę na poręczy kanapy, ja tu przysiądę i zdejmę powoli bandaż, aby cię nie urazić. Ale wracając do Prowisa, czy wiesz, że się poprawia?
— Mówiłem ci, że stał się łagodniejszy, nawet i wówczas, gdym go widział po raz ostatni.