Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w tym samym celu, wznosząc w pokoju straszny pył i zrzucając na podłogę robactwo, kryjące się w obrusie. Walczyłem z nią na podłodze; starałem się bowiem nakryć, ona zaś z nienaturalnym wrzaskiem, chciała się oswobodzić; wszystko to przypomniałem sobie później, bo w pierwszej chwili sam nie wiedziałem, co robię. Gdym odzyskał przytomność, ujrzałem siebie i panią Chewiszem na podłodze, w pobliżu wielkiego stołu; popiół z jej ślubnego ubrania jeszcze unosił się w powietrzu. Obejrzałem się i widziałem uciekające we wszystkie strony pająki i owady, we drzwiach zaś służącą, dążącą z pomocą. Wciąż jeszcze silnie przytrzymywałem panią Chewiszem na ziemi, jakby obawiając się, by nie uciekła i wątpię, czym zdawał sobie w tej chwili sprawę, kim jest i dlaczego ją przytrzymuję.
Była nieprzytomna. Bałem się ją podnieść. Posłałem po doktora; gdy wszedł doktór, wstałem — i ze zdziwieniem zauważyłem, żem sobie poparzył obie ręce; do tej chwili nie czułem bólu.
Obejrzawszy chorą, doktór zdecydował, że choć poniosła znaczne poparzenia, nie są one niebezpieczne, główne jednak niebezpieczeństwo leży w nerwowem podrażnieniu. Posłanie ułożyli na wielkim stole, na najdogodiniejszem miejscu do przewiązywania ran. Gdym po godzinie wszedł, leżała na tem miejscu, na