Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


które niegdyś wskazywała laską, mówiąc, że będzie tu leżała jako nieboszczka.
Całe ubranie spłonęło; okręcono ją w watę, aż po szyję, przykryto białem prześcieradłem, tak że i obecnie była podobną do widma.
Od służby dowiedziałem się, że Estella w Paryżu, a doktor obiecał napisać do niej jak najprędzej. Ja zaś miałem napisać o tem jej krewnym, lecz postanowiłem oznajmić wszystko tylko Poketowi i pozostawić mu wolną rękę co do innych.
Wykonałem to na drugi dzień po powrocie do Londynu. Wieczorem pani Chewiszem rozmawiała przytomnie o tem, co się stało, choć z gorączkowem zdziwieniem. Około północy zaczęła bredzić i powtarzać nieskończoną ilość razy beznadziejnym głosem: — „com ja zrobiła!... Gdy po raz pierwszy tu przybyła, chciałam tylko uwolnić ją od losu, jakiemu sama uległam!... Weź ołówek i napisz pod mem nazwiskiem: „przebaczam jej!“... Nie zmieniała porządku tych zdań, tylko niekiedy opuszczała jakieś słowo.
Ponieważ obecność moja była zupełnie zbędną a w domu pozostawał przedmiot mego wiecznego niepokoju, postanowiłem jechać do Londynu rannym dyliżansem i siąść do niego poza miastem. Około szóstej rano poszedłem do pani Chewiszem i dotknąłem ustami jej ust, ona w tej chwili po raz setny powtórzyła: —