Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


było tak zimne, bez życia! W powrocie mijając piwiarnię, otworzyłem maleńkie drzwiczki, wstąpiłem tam i chciałem już wyjść przeciwległemi drzwiami, ale nie tak to łatwo było je otworzyć; drzwi z wilgoci popękały i popaczyły się; zawiasy pordzewiały, a próg zupełnie zarósł trawą. Nagle obejrzałem się i zdawało mi się, podobnie, jak niegdyś w dzieciństwie, że pani Chewiszem wisi na desce poprzecznej. Widzenie było tak silne, że stałem pod tą deską, drżąc od stóp do głowy, póki przyszedłszy do siebie, nie przekonałem się, że to tylko gra wyobraźni.
Opustoszenie, późna pora, strach, choćby tylko chwilowo spowodowany widzeniem, silnie podziałały na mnie. Wróciwszy na główne podwórze, wahałem się przez chwilę, czy zawołać odźwierną, by otworzyła bramę, czy się co nie stało pani Chewiszem po mojem odejściu. Zdecydowałem się na to ostatnie.
Zajrzałem do pokoju, w którym ją zostawiłem; siedziała jak dawniej na tem samem krześle w pobliżu kominka, plecami do mnie. Już zamierzałem odejść, gdy ujrzałem silne światło w pokoju. W tej chwili pani Chewiszem rzuciła się ku mnie, z krzykiem, cała w płomieniach. Miałem na sobie gruby surdut i takież palto w ręce. Szybko schwyciłem ją, przewróciłem na ziemię i nakryłem paltem; Potem zerwałem ze stołu wełniany obrus,