Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szkę na kolanach przed sobą, mimowoli drgnąłem. Prosiłem ją, by wstała i objąłem ją rękami, chcąc jej pomódz, ona jednak wciąż ściskała mą rękę i schyliwszy głowę, łkała. Nigdy poprzednio nie widziałem jej płaczącej, myślałem, że łzy sprawią jej ulgę; pozwoliłem płakać. Nie klęczała już, lecz leżała na podłodze, z żalem zawodząc: — Com uczyniła, com uczyniła!
— Jeśli pani myśli o tem, co mi pani zrobiła, to muszę wyznać, że mi pani bardzo mało zaszkodziła. Pokochałbym ją i bez współdziałania pani. Ona wyszła za maż?
— Tak.
Było to zupełnie zbyteczne pytanie; niezwykła bowiem pustka w samotnym domu, była na nie odpowiedzią.
— Com zrobiła! Com zrobiła! — Łamała ręce i rwała siwe włosy i wciąż jęczała: — Com zrobiła!
Nie wiedziałem, co na to odrzec, ani jak ją uspokoić. Wiedziałem, że źle postąpiła, biorąc na wychowanie maleńkie dziecko, aby uczynić z niego narzędzie zemsty. Wiedziałem, że pozbawiając się światła, pozbawiała się i innych rzeczy; umysł jej, nie mający z ludźmi styczności, uległ zwykłej słabości, jak to bywa z człowiekiem, naruszającym normalny tok życia. Czyż mogłem patrzeć na nią bez współczucia, wiedząc, że jest już ukaraną, niezdolną do życia, że całą jej istotę opanowała ambicya,