Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nicę pani Chewiszem, obecną panią Bentlową Drummelową? Odrzekł, że nie. Dla uniknięcia pospiechu w zmianie przedmiotu zapytałem go o ojca i o panią Skiffins. Przy wzmiance o tej ostaniej, twarz jego przybrała wyraz dumy i zatrzymał się na środku ulicy, aby wytrzeć nos.
— Uemniku, czy pamiętasz, gdym po raz pierwszy był na obiedzie u pana Dżaggersa, powiedziałeś mi, abym uważał na jego gospodynię?
— Czyż powiedziałem to? Tak, może być, że powiedziałem. Niech dyabli wezmą — dodał, potknąwszy się — tak, powiedziałem. Widocznie, jeszcze niezupełnie wytrzeźwiałem.
— Nazwałeś ją poskromionem zwierzęciem.
— A jakbyś ty ją nazwał?
— Oczywiście tak samo. W jaki sposób poskromił ją Dżaggers?
— To już jego tajemnica. Służy u niego już od lat wielu.
— Chciałbym, byś mi opowiedział jej historyę. Bardzo mi na tem zależy. Wiesz, że nic, o czem mówimy, nie rozchodzi się dalej.
— Sam nie znam jej historyi, a właściwie nie znam całej. Ale, co wiem, to ci opowiem. Jesteśmy obecnie nieurzędowymi, lecz prywatnymi ludźmi.
— Naturalnie.