Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


grzecznie. Ale ręce jej były rękami Estelli, oczy jej — oczami Estelli i choćby pojawiła się w pokoju setki razy, nie mógłbym się silniej utwierdzić w swem przekonaniu.
Wieczór był nieznośny, bo Uemnik ciągnął swe wino, jakby był na służbie, nie spuszczając oczu ze swego zwierzchnika. Co się tyczy ilości wina, to, jakby istna beczka bezdenna, był gotów lać w siebie wiele wlezie.
Wcześnie pożegnaliśmy się i wyszliśmy razem. Gdyśmy mijali buty Dżaggersa, szukając kapeluszy, poczułem, że Uemnik znów staje się podobnym do uolworckiego Uemnika. Nie zrobiliśmy nawet dziesięciu kroków po Gerard — strit w kierunku Uolwortu a już czułem, że idę pod rękę z prawdziwym Uemnikiem.
— No — rzekł Uemnik, — niby góra zwaliła mi się z pleców. To zadziwiający człowiek, ale tylko z oddali, czuję, że powinienem nakładać na siebie wędzidło, gdy jem u niego obiad. Znacznie spokojniej obiaduję bez tego przymusu.
Przyznałem, że sąd jego jest zupełnie słuszny.
— Nikomu prócz ciebie nie powiedziałbym tego.
— Oczywiście, że to, co mówimy, zostanie między nami.
Spytałem, czy widział kiedy wychowa-