Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zwolnił ją, a ona cicho, jak cień, wyszła z pokoju. Ale widziałem ją zupełnie wyraźnie przed sobą, jak gdyby nie ruszała się z miejsca. Patrzyłem na te ręce, na te oczy, na te rozwichrzone włosy i porównywałem je z innemi rękami, innemi oczami, innymi włosami, które tak dobrze znałem i myślałem, do czego też będą one podobne po dwudziestu latach burzliwego życia, spędzonego z ordynarnym, dzikim mężem. Znowu spojrzałem na ręce i oczy gospodyni i przypomniało mi się to uczucie, gdym po raz ostatni chodził z Estellą po zapuszczonym sadzie i porzuconym browarze. Przypomniałem sobie, jak ono zbudziło się we mnie, gdym zobaczył twarz, patrzącą na mnie i rękę machającą mi na powitanie z okna pocztowej karety; jakto po raz drugi poraziła mnie, niby błyskawica, gdym przejeżdżał z nią przez wązką smugę światła na ciemnej ulicy. Byłem prawie pewny obecnie, że ta kobieta jest matką Estelli.
Pan Dżaggers widywał mnie z Estellą i nie mógł nie rozumieć uczuć, których nie starałem się ukryć. Skinął mi głową, gdym oznajmił, że temat rozmowy zbyt dla mnie przykry, poklepał mnie po ramieniu, nalał znowu wszystkim wina i zaczął pić.
Gospodyni pokazała się po tem zajściu dwa tylko razy i niedługo pozostawała w pokoju. Dżaggers obchodził się z nią bardzo nie-