Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oczami list, który zawierał słowo w słowo to, co powiedział Dżaggers.
— Kiedy pan myśli wyjechać?
— Wiążą mnie ważne obowiązki.
— Jeżeli pan Pip ma zamiar jechać zaraz, to sądzę, że niewarto mu opowiadać.
Uważając to za wskazówkę, że nie powinienem zwlekać, postanowiłem jechać nazajutrz i oświadczyłem im to. Uemnik napił się wina i niezbyt zadowolonym wzrokiem spojrzał na Dżaggersa, a nie na mnie.
— Tak, Pipie, twój przyjaciel pająk zręcznie zagrał i wygrał.
Mogłem tylko to potwierdzić.
— O! Ten młody człowiek rokuje wielkie nadzieje. Ale czy uda mu się je osięgnąć? Silniejszy pobije go w końcu; trzeba jednak wiedzieć, kto z dwojga silniejszy. Jeśli okaże się, że on właśnie, to może ją zwycięży...
— Naturalnie, panie Dżaggers — przerwałem niechętnie — nie uważa go pan przecież za takiego łotra?
— Nie powiedziałem tego, Pip. Mówię tylko, co się stać może. Jeśli on rzuci się na nią i pobije, to siła będzie po jego stronie, jeśli walka będzie umiejętna, to napewno nie zostanie zwycięzcą. Można tylko z góry twierdzić, co taki młodzieniec zrobi w podobnych okolicznościach, bo tu mogą być tylko dwa wyjścia.