Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


robota skończona. Nie mając zajęcia grzałem się przy kominku. W jego migotliwem świetle zdawało mi się, że obie maski na pólkach bawiły się w jakąś szatańską grę, co chwila spoglądając na siebie i że tłuste łojowe świece, słabo rozjaśniające kąt, w którym pisał Dżaggers, były ozdobione brudnymi soplami, jakby wspomnieniem całego legionu, powieszonych klientów.
Wszyscy trzej z Uemnikiem pojechaliśmy w najętej karecie do Gerardstrit i zaraz po Przyjeździe zasiedliśmy do obiadu. Chciałem od czasu do czasu spotkać przyjacielskie spojrzenie Uemnika, ale widocznie nie było to właściwe, bo za każdym razem gdy podnosił oczy do stołu, kierował wzrok na Dżaggersa i był tak oschłym i obojętnym dla mnie, że można było pomyśleć, iż są dwaj Uemnicy, bliźnięta i że ten nie jest prawdziwym Uemnikiem.
— Czy pan odesłał Pipowi notatkę pani Chewiszem? — spytał niebawem Dżaggers.
— Nie, panie. Chciałem przesłać ją pocztą właśnie w chwili, gdy pan z Pipem wszedł do kancelaryi. Oto jest.
Podał notatkę Dżaggersowi, nie mnie.
— Tylko dwa wiersze. Zaadresowała je do mnie, bo nie zna twego adresu. Pisze, że chciałaby się z tobą widzieć w sprawie, o której z nią już mówiłeś. Czy pojedziesz?
— Tak — odpowiedziałem, przebiegając