Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o godzinę wcześniej i namyślałem się gdzie jeść obiad. Dotarłem do Czipsaidu i szedłem samotnie bez celu, w czynnym, ruchliwym tłumie, gdy nagle ktoś dogoniwszy mnie, dotknął mego ramiona. Był to pan Dżaggers, zaraz wziął mnie pod rękę.
— Idziemy w jedną stronę, Pip, chodźmy razem. Dokąd to dążysz?
— Myślę, że chyba do Templ.
— Nie jesteś zatem pewien?
— Widzi pan — odrzekłem zadowolony, że tym razem mogę się uwolnić od jego pytań, — rzeczywiście nie wiem, dokąd idę, bo nie zdecydowałem się jeszcze.
— Ale idziesz na obiad?
— Tak.
— I nigdzie nie jesteś zaproszony?
— Nawet to mogę stwierdzić.
— W takim razie chodź do mnie na obiad.
Już miałem usprawiedliwić się, lecz on dodał:
— Uemnik jest u mnie na obiedzie.
Natychmiast zgodziłem się. Udaliśmy się wzdłuż Czipsaidu w stronę Littel-Britein. Tymczasem w oknach sklepów zaświeciły lampy i latarnicy z trudem mogli znaleźć miejsce dla swych drabin wśród tłumu i ścisku.
W Littel-Britein wszystko powtórzyło się, jak dawniej: pisanie listów, mycie rąk, gaszenie świecy, zamykanie, oznajmiające, że dzienna