Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


schody za drzwi swego pokoju i świecił nam, przesunąwszy rękę poza poręcz schodów. Kiedyśmy się obejrzeli, by popatrzyć nań po raz ostatni: mimowoli przypomniałem sobie chwilę jego przyjazdu, gdyśmy byli w odwrotnem położeniu i gdym jeszcze nie podejrzewał, że będzie mi kiedyś tak ciężko i przykro rozstać się z nim.
Schodząc zapytałem Herberta, czy protegowany nasz zatrzyma! imię Prowisa? Odpowiedział, że oczywiście nie; nazywa się obecnie panem Kembelem. Objaśni! mnie przytem, że wszyscy w domu byli powiadomieni, że pan Kembel pozostaje pod jego (Herberta) opieką. Dlatego w bawialni, w której pani Wimpel i Klara siedziały przy pracy, ani słowa nie wspomniałem o stosunku, jaki mnie łączy z Kembelem.
W Templu wszystko było spokojnie, jak zwykle. Okna mieszkania, gdzie przebywał niegdyś Prowis, były obecnie ciemne i nikt nie przechadzał się po Garden-Korcie. Dwa czy trzy razy okrążyłem wodotrysk, zanim wszedłem do domu. Gdy Herbert powrócił, podszedł do mego łóżka — położyłem się zaraz, bo byłem zmęczony i wyczerpany — i oznajmił mi to samo. Potem otworzył okno, spojrzał na ulicę jasno oświeconą promieniami księżyca i skonstatował, że chodnik był pusty, jak kościół o tej porze.