Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Następnego dnia udałem się na zakupno łódki. Interes załatwiłem szybko i łódka wkrótce bujała u przystani Templu; mogłem siąść do niej w dwóch minutach. Zacząłem pływać po rzece dla ćwiczeń czasem z Herbertem, czasem sam. Często wyjeżdżałem mimo zimna, deszczu i śniegu, ale po kilku razach nikt nie zwracał na mnie uwagi. Z początku trzymałem — się powyżej mostu, potem gdy czas wzbierania minął, zacząłem jeździć dalej. Po raz pierwszy, gdym przejechał obok wybrzeża Młyńskiego Potoku, wiosłowałem wraz z Herbertem i obaj widzieliśmy, spuszczającą się storę okna wychodzącego na wschód. Herbert nie bywał tam częściej, niż trzy razy w tygodniu i za każdym razem przynosił mi dobre wiadomości. Ale mimo to było wiele powodów do ostrożności i nie mogłem pozbyć się myśli, że mnie śledzą. Gdy raz myśl ta opanuje człowieka, prześladuje go tak, jak upiór; trudno zliczyć, wielu zupełnie niewinnych ludzi uważałem za szpiegów.
Nieraz, patrząc na rzekę, ze strachem myślałem, że płynie ona ku Magwiczowi i że czarne plamy na powierzchni wody to może jego prześladowcy, którzy szybko mkną i bez szmeru, aby go schwycić i pogrążyć.