Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


długi, wiecznie w jego jarzmie pracowałem i byłem wciąż w niebezpieczeństwie. Był młodszy ode mnie, ale mędrszy i sprytniejszy, dlatego też setki razy oszukiwał mnie, nie szczędząc. Panna, o którą wówczas się ubiegałem... ale nie, nie o tem chcę mówić.
Przy tych słowach przerwał i zaczął patrzeć w ogień, jakby zagubił nić swego opowiadania; ręce założył na kolanach, potem je podniósł i znów opuścił.
— Niema potrzeby opowiadać wam tego. Czas pracy u Kompensona był dla mnie najcięższy. Opowiadałem wam, jak to zasądzono mnie za oszustwo, choć pracowałem wspólnie z Kompensonem?
— Nie — odparłem.
— A więc osądzono mnie i ukarano tym razem. W czasie czterech czy pięciu lat istnienia naszej spółki aresztowano nas trzy razy, jako podejrzanych, ale w braku pewnych poszlak, zawsze wypuszczano. Wreszcie schwytano na sprzedaży kradzionych banknotów; prócz tego obwiniono o inne przestępstwa. Kompenson nakazał mi „bronić się oddzielnie, nie radząc się jeden drugiego“. Byłem wówczas tak biedny, że sprzedałem ubranie, prócz tego, co miałem na sobie, aby wezwać do obrony pana Dżaggersa.
Kiedy wprowadzono nas przed sąd, zauważyłem, jak po pańsku wyglądał Kompenson