Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Odeszła wreszcie! Co? odprowadzili ją do szpitala obłąkanych?
— Tak — odrzekła Kompensonowa.
— Czy kazaliście jej pilnować i nie wypuszczać?
— Tak.
— I odebrano jej całun?
— Tak, tak, wszystko już zrobiono.
— Jesteś dobrą kobietą. Nie zostawiaj mnie samego pod żadnym pozorem. Dziękuję ci.
Spokojnie przespał noc do piątej rano znów zerwał się ze strasznym krzykiem:
— Ona tu! Znów z całunem! Rozwinęła go i wychodzi z za rogu! Podchodzi do łóżka. Trzymajcie mnie, nie pozwólcie jej dotknąć mnie! A! zamachnęła się tym razem. Nie dajcie jej narzucić na mnie całuna! Nie dozwólcie podnosić mnie! A, podnosi mnie! Trzymajcie!
W tej chwili silnie się rzucił i padł martwy.
Kompenson przyjął tę wiadomość z najzupełniejszym spokojem. Wkrótce zacząłem z nim pracować. Ale od samego początku przysiągł obłudnie na mą czarną książeczkę, na którą przysięgał i twój przyjaciel.
Opowiadanie różnych interesów Kompensona. w których uczestniczyłem zajęłoby cały tydzień, wprost wam powiem, że człowiek ten zawikłał mnie w swe sieci tak, że stałem się jego niewolnikiem. Wiecznie miałem u niego