Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Salli, osra wciąż mnie prześladuje i nie mogę się wcale od niej uwolnić. Cala w bieli z białymi kwiatami we włosach; patrzy, jak obłąkana i trzymając w rękach całun, grozi, że przykryje mnie nim jutro o piątej.
Na to Kompenson odpowiedział:
— Jakiś ty głupi! Czyż nie wiesz, że ona jeszcze żyje? Czy może się zatem pojawić w pokoju, nie przechodząc przez drzwi lub okno?
— Nie wiem, jak się tu dostała, lecz stoi w kącie przy łóżku i tak strasznie patrzy. Widziałem krople krwi na jej sercu, któreś rozbił.
— Poprowadź go na górę, bredzi — rzekł do żony — a ty, Magwiczu, pomóż jej z łaski swojej.
Sam nawet nie ruszył się z miejsca. Zanieśliśmy chorego na górę i położyli do łóżka, a on wciąż bredził:
— Patrzcie! Grozi mi całunem. Widzicie ją? Popatrzcie jej w oczy! Nie jestże straszna?
Po chwili znów krzyczał:
— Nakryje mnie, a wówczas zginąłem! Odbierzcie jej całun, odbierzcie!
Chwytał nas, nie przestając rozmawiać z widziadłem i doprowadził mnie do tego, że zdawało mi się, iż mam przed sobą widmo.
Żona Kompensona, lepiej go znająca, podała mu jakiejś wódki, zwolna uspokoił się.