Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, tak, — odpowiedział starzec widząc, że się doń zwracają.
— Niech mu pan tylko skinie raz lub dwa głową, gdy wyjrzy z za gazety, a będzie szczęśliwszym, niż monarcha. Wszyscy słuchamy, ojcze.
— Tak, tak, Janie.
Czytanie starca przypomniało mi klasę ciotki Uopsela. Ponieważ musiał mieć świecę i co chwila o mało nie dotykał się głową lub gazetą płomienia, trzeba go było pilnować, jakby jakiej prochowni. Ale Uemnik uważnie strzegł, a starzec wciąż czytał, nie podejrzewając, że był w niebezpieczeństwie. Za każdym razem, gdy patrzył na nas, staraliśmy się okazywać natężoną uwagę i podziw i kiwaliśmy tak długo, póki na nowo nie zaczynał czytać.
Starzec czytał tak długo, póki nie zasnął. Wówczas Uemnik wyciągnął maleńki kociołek, tackę ze szklankami i ciemną buteleczkę, której korek przedstawiał jakąś wesołą twarz. Przyrządziliśmy sobie gorący poncz. Wkrótce obudził się starzec i nie uchylił się od poczęstunku. Pani Skiffins mieszała napój w kociołku i piła z jednej szklanki z Uemnikiem. Nie miałem zbytniej ochoty odprowadzania pani Skiffins do domu, zdecydowałem więc, że lepiej będzie wyjść wcześniej. Tak też zrobiłem; pożegnałem całe towarzystwo i bardzo zadowolony ze spędzonego wieczoru, wróciłem do siebie.