Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niego z takim zapałem, twarz jego była tak blizka ognia, że zacząłem obawiać się, aby nie wypalił sobie oczu. Potem, smarował grzanki i ułożył z nich wielki stos. Pani Skiffins przygotowała kociołek herbaty i zaczęła się uczta.
Flagę spuszczono, armata strzeliła i poczułem, żem oddzielony od całego świata, jakby rów miał ze trzydzieści stóp szerokości i głębokości. Nic nie naruszało, ciszy, tylko od czasu do czasu maleńkie drzwiczki z napisem „Jan“ i z „pani Skiffins“, jakby dostając dreszczu, otwierały się. Z zachowania się pani Skiffins wniosłem, że co niedzieli przygotowuje tu herbatę a nawet bardzo podejrzewam, że jej klasyczna broszka z portretem kobiety o prostym nosie i z księżycem w pełni we włosach stanowiła niegdyś część ruchomego majątku pana Uemnika.
Zjedliśmy wszystkie grzanki z masłem wypili wielką ilość herbaty, co wywołało poty i twarze nasze, szczególnie starca połyskiwały jak u dzikich, gdy je namaszczą oliwą. Potem Pani Skiffins zmyła naczynia, usiedliśmy przy ogniu, a Uemnik rzekł: — no, może ojciec przeczyta nam gazetę.
Podczas gdy starzec wyjmował okulary, Uemnik objaśnił mnie, że jest to ich zwyczajem, bo ojca bawi głośne czytanie nowin.
— Nie tak to zresztą wiele miewa on przyjemności. Prawda, ojcze?