Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


świata i ludzi. Na razie radbym Herbertowi znaleźć miejsce z wynagrodzeniem stufuntowem. Musi to być zrobione bez wiedzy Herberta. Na zakończenie położyłem rękę na ramieniu Uemnika i rzekłem:
— Ufam! panu; będzie to pana kosztowało niemało trudów, ale sam pan winien; pocóż mnie pan zapraszał.
Uemnik po chwilowem milczeniu rzekł: — jednakże, panie Pip, bierz licho, jak to grzecznie z pańskiej strony.
— Niech pan doda, że pomoże mi pan dokonać dobrego dzieła.
— Nie mój to zawód.
— Wszak tu nie pańskie biuro.
— Masz pan słuszność. Dotknął pan mej struny uczuciowej. Pomyślę, panie Pip; zdaje mi się, że to, czego pan sobie życzy, może się zwolna dokonać. Skiffins (jej brat) jest książkowym i agentem. Zajdę do niego w tych dniach i poruszę tę kwestyę.
— Dziękuję, stokrotnie dziękuję panu.
— Przeciwnie. Ja panu dziękuję, bo choć tu jestem prywatnym człowiekiem, to jednak niugetskie nikczemności lgną do mnie i rad jestem z nich się choć na chwilę otrząsnąć.
Pogadawszy jeszcze trochę, wróciliśmy do zamku, gdzie pani Skiffins tymczasem przygotowała herbatę. Trudne dzieło smarzenia grzanek przypadło starcowi; zabrał się do