Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu głową, nie starając się nawet zająć go czemśkolwiek, rzuciłem na los szczęścia pytanie, czy i on zajmował się miedziorytnictwem? Powtórzywszy parę razy swe pytanie i dotknąwszy parę razy starca, aby zwrócić jego uwagę, zdołałem mu je wreszcie uświadomić.
— Nie, nie, byłem dozorcą przy magazynach. Najpierw ot tam — pokazał ręką na piec, ale domyśliłem się, że rozumie przez to Liwerpool. — A potem tu w Londynie; ale skutkiem wrodzonego braku, bo muszę panu przyznać, jestem głuchy...
Znakami wyraziłem: wielkie zdziwienie.
— ...Tak, jestem głuchy. Gdy mnie ta słabość zmogła, syn zaczął się zajmować prawem, zaczął opiekować się mną i tak pomału urządził ten wspaniały zamek. Co się zaś tyczy tego, co pan powiedział — tu znowu zaczął się śmiać — to rzeczywiście, ma pan słuszność.
Zadawałem sobie pytanie, co mógłbym wymyślić, aby zabawić starca, gdy nagle coś zaskrzypiało w ścianie i przede mną, opodal kominka, otworzyły się maleńkie drzwiczki z napisem „Jan“. Starzec śledził poruszenie mych oczu i z zachwytem zawołał:
— To syn wrócił! — i obaj poszliśmy do zwodzonego mostu.
Miło było patrzeć na Uemnika stojącego po drugiej stronie rowu i przesyłającego mi powitanie ręką, choć mogliśmy wygodnie uści-